Polityka | 27.08.2010
Enerdowski opozycjonista Wolfgang Templin: „Solidarność” ruchem stulecia

 

Großansicht des Bildes mit der Bildunterschrift: Wolfgang Templin w biurze Fundacji Heinricha Bölla w Warszawie (2010)

„Od razu widziałem, że Polska jest najsłabszym ogniwem tego bloku i jeżeli gdzieś on się zawali, to właśnie tam”, wspomina Wolfgang Templin, enerdowski opozycjonista. „Nikt jednak nie sądził, że to będzie ruch stulecia”.

DW: Skąd się u Pana wzięła fascynacja i zapał do wspierania polskiej opozycji?

Wolfgang Templin: Po nawiązaniu pierwszych kontaktów w czasie rocznego pobytu na studiach w Polsce. Od razu widziałem, że Polska jest najsłabszym ogniwem bloku komunistycznego i jeżeli gdzieś się ten system może zawalić, to właśnie tam. W Polsce oddolne reformy społeczne zafunkcjonowały. Po powrocie z Polski zabrałem się za tłumaczenia tamtejszych pism opozycyjnych, choć wtedy nikt jeszcze nie wierzył, że to się może przerodzić w ruch stulecia.

DW: Także w sierpniu 1980 roku był Pan w Polsce i na bieżąco śledził Pan strajki. W jakim stopniu ten pobyt wpłynął na Pana dalszą działalność polityczną?

Bildunterschrift: Großansicht des Bildes mit der Bildunterschrift:  Robotnicy w NRD nie myśleli o strajkach WT: Byłem na wakacjach ze znajomymi i pamiętam, że poprzez pryzmat ówczesnych wydarzeń w Polsce ciągle dyskutowaliśmy też o naszej własnej sytuacji w NRD. „Solidarność” dała nam wtedy mocny impuls do debaty o tym, w jakim kraju chcemy żyć. Musiałem niestety wracać do NRD, zanim doszło do uznania niezależnych związków, ale jeszcze w sierpniu przyjechali do Berlina przyjaciele z Polski i przywieźli 21 postulatów, które przetłumaczyłem na niemiecki i rozdałem. We wrześniu udało mi się ponownie wyjechać do Warszawy. Łapałem wtedy wszystko, co mi wpadło w ręce i starałem się jak najwięcej zapamiętać. Nie mogłem żadnych papierów zabrań ze sobą, bo strasznie wtedy trzepali bagaże. Dlatego uczyłem się wszystkiego na pamięć. Potem, w pażdzierniku 1980 roku, spotykaliśmy się w prywatnych mieszkaniach, m.in. u Ludwiga Mehlhorna i planowaliśmy co dalej.

„W NRD była nas tylko garstka”

DW: Ale niewiele się udało zrobić, bo enerdowska opozycja była raczej mała …

WT: To prawda. Była nas tylko garstka. Dopiero w połowie lat 80-tych opozycja zaczęła się organizować, było około tuzina grup, kilkaset aktywnych osób. Wszyscy się znaliśmy, pochodziliśmy z różnych środowisk, kościelnych i lewicowych, ale niestety nie udało się zmobilizować powszechnego ruchu. Poza tym mało kto w NRD wiedział, co naprawdę dzieje się w Polsce i przeważały opinie w stylu: „Czy to nie jest zbyt niebezpieczne, jeżeli będziemy rozmawiać o Solidarności?”.

DW: A środowiska studenckie?

WT: Większość studentów bała się i nawet nie myślała o obalaniu systemu. Rzadko pojawiali się na naszych spotkaniach. Także Kościół reagował niezbyt przychylnie. Kiedy chcieliśmy w parafii ewangelickiej informować o „Solidarności”, to zdarzało się, że nie było to możliwe. W enerdowskiej opozycji angażowali się przede wszystkim ludzie, którzy zostali pozbawieni perspektyw zawodowych, a więc nie mieli już wiele do stracenia. Niektórych wyrzucono ze studiów, innym nie pozwolono ich rozpocząć. Kto miał szczęście, dostał pracę przy kościele, na cmentarzu lub przy produkcji. Niejeden absolwent szkoły wyższej musiał dorabiać gdzie popadło, bo ze względów politycznych nie dostał pracy w zawodzie. Ale w NRD żyło się tanio, więc można było jakoś przeżyć. Ceną zaangażowania dla wolności była utrata „normalnego” życia.

DW: A co groziło tym, którzy wspierali „Solidarność”?

WT: Kilkadziesiąt osób przypłaciło to więzieniem. Skazywano ich za przewożenie materiałów z Polski, za drukowanie ulotek, za napisy „Solidarność” na budynkach. Znam Roberta Jahna, który pewnego dnia jesienią 1980 r., wsiadł na rower z polską flagą i przypiął sobie do marynarki znaczek „Solidarności”. Także on trafił do więzienia. Stasi preferowała dwa rozwiązania: albo złamać człowieka, by przestał się angażować, albo się go pozbyć przez emigrację na Zachód. W latach 80-tych dla opozycjonistów drzwi do wyjazdu stały otwarte na oścież.

„Perfidna antypolska propaganda”

Bildunterschrift: Großansicht des Bildes mit der Bildunterschrift:  Wolfgang Templin należał do niewielkiej grupy opozycjonistów w NRD (zdjęcie z 1990 roku)

DW: Pana również zmuszono do wyjazdu z kraju, a NRD dalej prowadziła ostrą antypolską propagandę…

WT: Tak, ta propaganda była widoczna na kilku płaszczyznach, choć naturalnie oficjalnie nie czytało się o niej w „Neues Deutschland”. Antypolskie treści były kolportowane m.in. w dowcipach, anegdotach o „leniwym Polaku”, to się opowiadało „między wierszami”. Zakłamanie było widoczne na każdym kroku, np. gdy mówiono o przyjaźni. Oficjalnie deklarowano „bratnią przyjaźń” do Związku Radzieckiego, a nieoficjalnie mówiło się o „Ruskich”. Największa fala propagandy rozpoczęła się jeszcze w sierpniu 1980 roku. O strajkach długo milczano lub mówiono tylko powierzchownie i negatywnie. Wtedy pojawiała się opinie, że Solidarność zrujnuje cały kraj i że nie mogła się zrodzić z ruchu robotniczego, lecz jest jest imperialistycznym ruchem, sterowanym przez papieża, CIA i cały Zachód. Tak argumentując można było uzasadnić każdą inwazję.

DW: Jak poważne były w NRD obawy, że dojdzie do inwazji?

WT: Bardzo poważne. Dla mnie najbardziej niebezpieczny moment miał miejsce nie w 1981 roku, jak twierdzi Jaruzelski, lecz w grudniu 1980. Wtedy przemieszczały się po NRD ogromne ilości wojsk i mogło wtedy dojść do inwazji. Honecker zresztą opowiadał się za tym w Moskwie, o czym świadczą dokumenty archiwalne. Dziś wiemy, że w ciągu kilku dni Amerykanie interweniowali bezpośrednio w Moskwie i nagle Sowieci zmienili zamiary, jakby zrezygnowano z pierwszych planów. Wtedy toczyła się też w NRD perfidna antypolska propaganda, a wyjazdy tam dla ludzi mających kontakty z Polską, stały się praktycznie niemożliwe.

Bildunterschrift: Großansicht des Bildes mit der Bildunterschrift:  Wolfgang Templin w śródmieściu Warszawy

DW: 30 lat później  Europa wygląda inaczej, a NRD już nie istnieje. Jak wygląda dziś Pana bilans?

WT: Kiedy myślę o ubiegłym stuleciu z tymi wszystkimi strasznymi wojnami, zniewoleniami, to uważam, że opowieść o „Solidarności” jest jednym z najlepszych rozdziałów tamtego stulecia. Zawdzięczamy jej także, że ten rozdział historii zakończył się pokojowo. Wszystkie inne interpretacje, że niby wcześniej, czy później i tak by ten system runął, jakoś mnie nie przekonują, bo to nie była żadna decyzja na płaszczyźnie oficjalnej, państwowej. Do tego doprowadzili sami ludzie -własnym zaangażowaniem, walką, odwagą. Byli to różni ludzie – idealiści oraz tacy, którzy z różnych względów wsiedli po drodze do tego pociągu. Każdy wybrał potem swoją drogę, ale o to właśnie chodziło, by człowiek miał wolny wybór.

 

rozmawiała Róża Romaniec

Wolfgang Templin należy do najbardziej niekonwencjonalnych postaci enerdowskiej opozycji. Początkowo marksista i członek partii w ciągu kilku lat zrewidował swój stosunek do komunizmu. Na krótko przed zakończeniem studiów sprowokował w gronie znajomych swoją dekonspirację jako TW (od 1973-75). W połowie lat 70-tych udało mu się wyjechać na roczne studia doktoranckie do Polski, gdzie po raz pierwszy zetknął się m.in. z Komitetem Obrony Robotników, KOR. Ze względu na działalność polityczną nie mógł kontynuować pracy naukowej. W 1983 r., gdy wystąpił z SED, otrzymał zakaz pracy w zawodzie filozofa i bibliotekarza. Przez dłuższy musiał zarabiać na życie pracując, m.in. jako sprzątaczka i leśnik.

W 1985 roku Templin współzałożył grupę „Inicjatywa na Rzecz Pokoju i Praw Człowieka” oraz wydawał pismo „Upadek muru”. Wielokrotnie był aresztowany ze względów politycznych, a w końcu zmuszony do opuszczenia NRD. Nigdy jednak nie oddał enerdowskiego paszportu i dlatego w 1989 roku wrócił do NRD i mógł brać udział w „Okrągłym Stole”. Politycznie angażował się póżniej dla Partii Zielonych. Obecnie jest dyrektorem polskiej placówki Fundacji Heinricha Bölla.

red. odp. Bartosz Dudek